Z abnegacją godną uwielbienia, z cierpliwością budzącą podziw, przywykli do krążenia po wywoskowanych salonów posadzkach, są tu oni jak gdyby we własnym żywiole, nie przerażają ich ani te, jak Nioby w boleści skamieniałej twarze, ani te jęki wydobywające się z wyschłych piersi, ani jednym słowem ten ogrom nędzy ludzkiej, jaka się rozpościera przed nimi w całej swej odpychającej grozie.

Wyraz poświęcenia maluje się w ich oczach, i uświęceni tym oddaniem, nie fortun swoich, lecz swoich rąk, na posługi pomocy potrzebującym, ustawiają się właśnie w szeregu, by nieść ku błogosławionej grocie tych, którzy tak daleko zaszli na drodze cierpienia, że sprowadzić ich z niej może jedynie chyba cud.

Bractwa z chorągwiami wysuwają się na czoło pochodu, dzwony kościelne dają się słyszeć, z ust tysiącznego tłumu wydobywa się rzewna pieśń „Zdrowaś Mario”. Jęki cierpiących milkną, oczy ich ożywiają się nadziemskim ogniem wiary, serca, ale już wszystkich, uderzają silniej, i ci zdrowi pomieszani z chorymi, ci wydziedziczeni i jakby od dóbr doczesnych odepchnięci, trącając łokciami o opływających w dostatki i szczęśliwych, miarowym krokiem posuwają się powoli naprzód, upojeni harmonią słodką melodii, rozlegającej się dokoła, „Zdrowaś Maria”.