Przecież na szczęście nadchodzi. Nadchodzi powoli, z szyn jednych przesuwa się ostrożnie na inne, wreszcie staje. Każdy zatrzymuje dech w piersiach, każdy tłumi siłą, opanowujące go wzruszenie. I nagle, ten tłum ruchliwy i hałaśny, przeinacza się do niepoznania, milknie i poważnieje, przybiera uroczysty charakter, jak w świątyni.

Majestat z jednej strony poniewierki i nędzy, opuszczenia i łez, bólu i rozpaczliwych krzyków, a z drugiej głębokiej wiary, tłumiącej ich wybuchy, wstrząsa nim, niby piorun. I zdaje ci się, że ten tłum choć zdrowy i pozornie szczęśliwy, cierpi z tymi cierpiącymi, żyje ich myślą, wciela się w ich pragnienia, i że niczego w tej chwili więcej nie pożąda, jak tego, by oko bożego miłosierdzia raczyło spocząć na tych, którzy nie zważając na długiej podróży trudy, przyszli tu z wiarą i nadzieją, którzy bez ulgi odejść stąd chyba nie powinni.

Ku pociągowi wysuwają się z tłumu tragarze, z lektykami i noszami. Przyszli tu oni z własnej ochoty służyć nieszczęśliwym, ale rekrutują się z najlepszego towarzystwa warstw. Nie odstręcza ich widok ran i cierpień z jakimi rzadko spotyka się wzrok, nie zadawalają ofiary materialne, jakie by tym ostatnim ulżyć nieco, ludzie ich sfer, czerpią z morza swoich bogactw, chcą łzy sami ocierać, jęki koić, potrzebującym pomocy własnymi osobami ją udzielać.