Na takim właśnie przedmieściu, w podobnej właśnie lepiance, w roku 1844 ujrzało światło dzienne dziecko, któremu przeznaczonym było, w dziejach biednego tego miasta odegrać niezapomnianą rolę. Przyszło na świat jak zazwyczaj przychodzi taka biedota, nie powitano go okrzykami radości, nie spowito na miękkich poduszkach, przyjęto z głuchym poddaniem, jak się przyjmuje nowy ciężar, włożony w pochodzie rozkazem siły wyższej, na pokornego wędrownika barki.

Dziecku dano imię Bernadetty, że jednak było ono marnym i wątłym, przeto nie wróżono mu długiego życia. Przecież jak ten tam Sienkiewiczowski Janko muzykant, wbrew przepowiedniom kumoszek, żyło. Rosło, tylko powoli, rozwijało się, lecz leniwie.

Jak w tym świecie, skoro się ruszać nauczyło, wysłano je bose po za dom, wałęsało się więc po górach i dolinach, biegało za owcami nad wybrzeżami Gawy, zrywało polne kwiaty u stóp okolicznych skał. Jak w tym świecie, gdzie człowieka wychowuje matka natura, gdzie go żywi własny przemysł, gdzie go okrywa łachman na śmietnik porzucony.