Znać po nich, że niezamożnym mieszkańcom dają dach nad głowami, że w odrapanych ścianach swoich więcej zamykają, cierpienia i niedostatku łez, niż uśmiechów, szczęścia i wesela.

Wprawdzie tu i owdzie, zwłaszcza na rynku, uderza oczy pokaźniejsza budowla, przemkną się ku kościelnym progom w dzień świąteczny grupy zasobniej przyodzianych ludzi, ale ogólne wrażenie jest wrażeniem czegoś opuszczonego i biednego.

Czarodziejskie przyrody piękno, ociera się tu o wytwórczości ludzkiej brzydotę, złote nieba słońce, snopami jaskrawych promieni zarzuca to, co powinno spoczywać w mroku. Nade wszystko też tego ubóstwa ogólnego ogrom, uderza na przedmieściach.

Uderza i politowanie budzi. Znać, je jest tu siedlisko nie już biedy, ale nędzy, że człowiek nie żyje tu, lecz wegetuje, nie karmi się jak należy, lecz podtrzymuje sztucznie, by jutra doczekał. Nie domy, jeno lepianki, nie odżywieni prawidłowo ludzie, ale wyschłe cienie.

Gromada przy tym bosych a nie rzadko i nagich dzieci, bioto na ulicach w dzień słotny, pył i piasek w pogodny, brud, ciasnota, zaduch i tyle.