Lourdes ma wspomnienia. Ta mieścina, brudna i biedna, licząca dziś nie więcej jak sześć tysięcy dusz, na kartach dziejów zapisała się krwawymi zgłoski. Panujący nad nią stary zamek, zajmować miał w czasach mgłą wieków przysłoniętych książę saracenski Mira, ale odebrał mu takowy na czele swoich Franków Karloman, i panowaniu Arabów w tych stronach położył tym sposobem kres.

Prawdziwy klucz do bogatych dolin przysiadłych do stoków okolicznych gór, zmieniał 011 w kolei czasów władców, i niby na ekranie z obrazami niknącymi, przesunęli się na scenie, którą malowniczo ubiera i ubierał, w kolei czasów: Baskowie, Albigensi, Anglicy i lordowie Bearnu.

Połączony razem z miastem i przy pirenejskim podnóżem do Francji, zażył ten zamek spokojniejszych już nieco czasów, baszty jego nie zlewały się już krwią, z jego strzelnic przestały już wylatywać zabójcze pociski. Ale długo jeszcze długo, bo do początków tego wieku, o jego ściany obijały się głuche jęki więźniów, zamykanych tu z rozkazu możnowładców, bądź za samodzielność myśli, bądź za usiłowania zmierzające do zmiany ustalonego porządku w kraju. Samo miasto (mamy to stare na myśli) przedstawia się bardzo nędznie. Ulice wąskie, kręte, domy zapadające się i mizerne.