Religijność ludu zamieszkującego Pireneje, stała się przysłowiową. Uderza ona każdego, kto się tu znajdzie. Na każdym nieledwie kroku kościoły, w każdej wsi większej korporacje religijne pod patronatem Maryi, lub którego ze świętych.

Kościoły te wyróżniają się znacząco od innych, nie znać na nich tego opuszczenia, jakiem uderzają domy Boże w głębokiej prowincji w innych krajach, widać że ludność od ust tu sobie odejmuje, by je zdobić i ubierać.

I zdobi je też i ubiera, otacza troskliwością niezwykłą, a w dzień świąteczny, zdaje się że rozsadzi ich mury, tak licznie zbiega się do nich ze szczytów w górach i zagłębień w dolinach, po naukę, pokrzepienie, pociechę. A kiedy znów na Anioł Pański, z wysmukłych wieżyc każdego nie ledwie z nich, odezwie się nie dzwon jeden jak gdzie indziej, ale muzyka najprzeróżniejszych dzwonów i dzwonków, kiedy drogą zmysłów wpłynie do duszy harmonia słodka, ich dźwięcznych melancholijnych tonów, wszystkie głowy kłonią się tu w pokorze, na wszystkich progach klękają z twarzami zwróconymi w stronę świątyń kobiety, wszystkie usta szepczą słowa „Zdrowaś Marya”.

I kiedy się temu wszystkiemu przyglądasz, nie możesz się oprzeć wzruszeniu, i choćbyś sam, napojony goryczą zwątpienia, drogę doczesnej pielgrzymki swojej oświecał jedynie nikłem światłem rozumu, musisz przyznać, że ten lud, o który się łokciami ocierasz, mimo że taki biedny, nieoświecony, prostaczy, jest jednak szczęśliwym ludem, bo w tej swojej wierze znajduje balsam na utrapienia ciała i troski ducha, bo ona mu przywodzi ciągle na pamięć, że po za tern przemijającym, co nas tu boli, dręczy i łamie, jest coś tam nieśmiertelnego w górze, co koi i łzy ociera, co spokój ale już wieczysty daje.

I przypominasz sobie słowa słynnego pisarza angielskiego i powtarzasz je z głębokim przejęciem, że „bezgraniczna wiara jest kwiatem życia i że gdy ona zniknie, wtedy nasza wiosna minęła”.