Co uderza kiedy się zwiedza Pireneje, to rozmaitość krajobrazów, jakie się dostrzega w ich wnętrzu, to charakter ich zagłębień i wzniesień.

Góry są jedne i te same, jedno i to samo noszą nazwisko, jedna i ta sama przyczyna w tern miejscu niezawodnie je porodziła, a mimo to niepodobne są do siebie zupełnie, składają się jak gdyby z trzech odrębnych części. I gdy pierwsza zachodnia, ukazuje oku miękkie obrazy słodyczy i poezji, środkowa daje widoki pełne majestatu ale i dzikiej grozy, przypominające alpejskie w Szwajcarii, lub norweskie nad wybrzeżami fiordów.

A część wschodnia?

O ta wyróżnia się od nich obu, nie przywodzi na pamięć niczego w Europie.

Niby pasmo afrykańskich skal, nagimi swoimi wierzchołkami wyzywa ona zuchwale obłoki, a pokryta wirującym na słońcu pyłem, myśl przenosi gdzieś ku piaskom Sahary.

Ta różnorodność krajobrazów pirenejskich, rozrzuconych na przestrzeni wprawdzie znacznej, lecz skróconej dzięki udogodnionej komunikacji, sprawia, że każdy ze zwiedzających te góry, znajduje tu to właśnie, czego dusza jego pożąda.

Jesteśmy złamani od walk i zawodów, ostre kolce pokaleczyły nam do krwi na drodze życiowego pochodu nogi, w uroczych dolinach opłukiwanych falami zatoki Gaskońskiej, znajdziemy przywracający do równowagi umysł nasz, spokój, balsam kojący rany naszej duszy, zapomnienie.